Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   111   —

— Czemu nie zabierzesz ich do siebie? — spytałem w dalszym ciągu.
— Nie mogę.
— Z jakiego powodu?
— Wyjść mi nie wolno.
— Któż ci zabronił?
Rzucił posępne spojrzenie na Aladżych, przyczem zauważyłem, że mu jeden z nich palcem pogroził. Udałem, że nic nie widzę, podszedłem do kąta, przemówiłem kilka słów do małej i zaprowadziłem ją pod okno.
— Chodź tu! — prosiłem łagodnie, aby jej zaufanie obudzić. — Ja ci zaraz ten ból odejmę. Otwórzno usta i pokaż ten ząbek!
Zrobiła to bez wahania. Po zębie trudno było co poznać. Mógł to być ból reumatyczny, na który nie znałem środka. Wiedziałem jednak z doświadczenia, jaki wpływ ma urojenie szczególnie u dzieci. Przedewszystkiem płacz musiał umilknąć.
— A teraz zamknij usta i odpowiadaj, ruszając głową! — rzekłem. — Czy boli jeszcze?
Skinęła głową.
— A teraz uważaj! Przyłożę ci na chwilę moją dłoń do twego policzka i ból zniknie.
Przysunąłem do siebie głowę pacyentki, przyłożyłem jej dłoń do policzka i pogłaskałem kilka razy. Nierozumiem się wprawdzie na magnetyzmie, lecz zdałem się na wyobraźnię dziecka i to łagodzące uczucie, jakie sprawia ciepła ręka, dotykająca bolącego policzka.
— No, czy już nie boli? — zapytałem po chwili.
Skinęła głową.
— Wcale nie?
— Tak wcale! — odrzekła z rozpromienionem obliczem i uśmiechniętemi wdzięcznie oczyma.
— Nie mów teraz i oddychaj nosem jeszcze przez kilka chwil, a ból już nie wróci.
Wszystko to było takie proste i rozumiało się samo przez się; mimoto, kiedy chciałem wyjść, zbliżył się do mnie gospodarz, ujął mię za rękę i rzekł: