Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/443

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   415   —

— A skąd wiesz o tem?
— Kartka mię o tem poucza.
— Panie, ja tego nie pojmuję. Czytałem ją także, słowo w słowo, ale nic nie znalazłem,
— O Muradzie Habulam, coza olbrzymie głupstwo popełniłeś znowu w tej chwili.
— Ja? — spytał przerażony.
— Tak jest, ty! Czyż nie powiedziałeś poprzednio, że nie potrafisz przeczytać tajnego pisma na tej kartce? A teraz twierdzisz, że przeczytałeś ją słowo w słowo. Jak się to jedno z drugiem zgadza?
— Panie — rzekł zakłopotany — czytałem ją, lecz jej nie zrozumiałem.
— Powiadasz przecież, że nic nie znalazłeś! Kartka zawiera tylko zgłoski, a ty mówisz „słowo w słowo“. Muradzie Habulam, zapamiętaj sobie, że kłamca musi być obdarzony znakomitą pamięcią, jeżeli nie chce popaść w sprzeczność ze sobą samym. Słuchaj więc! Słyszałeś już odemnie, że kartka wszystko mi wyjawi. Hamd el Amazat napisał ją w Skutari do brata Baruda el Amazat w Edreneh. Pierwszy pisze drugiemu, żeby przybył do niego drogą przez Menelik. Hamd el Amazat chce naprzeciw niego wyjechać aż do Karanirwan-chan. Powiedz teraz, czy należy oczekiwać, że obydwaj kołować będą daleko i niepotrzebnie.
— Nie.
— Pojadą więc drogą najkrótszą i najprostszą?
— Pewnie, effendi.
— Ona prowadzi zatem z Edreneh przez Menelik do Skutari i na niej musi leżeć Karanirwan-chan między obydwu temi miejscowościami. To dla mnie tak pewne, jak gdybym je już tam widział.
— Szejtan — do dyabła! — zabrzmiało poraz czwarty. Rzekomy krawiec przyzwyczaił się widocznie do tego wyrazu. Udałem jednak, że tego nie słyszę. To ponowne westchnienie stanowiło dla mie znowu dowód, że się nie mylę.
— Effendi — zaczął Habulam — słowa twoje brzmią