Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   201   —

— To wolno mi powiedzieć tylko przed Szutem.
— Umiesz więc także milczeć. Hm! Co ja zrobię?
Wstał i przeszedł się w zamyśleniu tam i nazad po izbie, a potem spytał:
— Czy to rzecz osobista, czy interes?
— Interes, który może przynieść bardzo dużo.
Oczy jego zabłysły pożądliwie.
— A czego odemnie oczekujesz?
— Że zaprowadzisz mnie do derekulibe.
— Czy spodziewasz się zastać tam Szuta?
— Mam nadzieję.
— Mogę ci powiedzieć w zaufaniu, że będzie tam czekał, skoro cię oznajmię. Potrwa to tylko małą godzinkę. Czy masz na tyle cierpliwości?
— Jeśli tak być musi, to zaczekam.
Zależało mi oczywiście na tem, żeby wyprzedzić Mibareka. Gdyby zjawił się przedtem, byłoby po mnie.
— Ja się pośpieszę — zapewniał, a rzuciwszy badawcze spojrzenie na mych towarzyszy, dodał:
— Kto są ci ludzie?
— To moi przyjaciele i towarzysze.
— Czy w tej samej sprawie tu przybyli?
Potwierdziłem to, on zaś pytał w dalszym ciągu:
— Czy i oni chcą Szuta zobaczyć?
— To nie jest konieczne. Wystarczy, gdy ja sam z nim pomówię.
Lekki, nieokreślony uśmiech przemknął mu się po twarzy. Podkręcił długiego wąsa, przebiegł po nich jeszcze raz badawczym wzrokiem i odrzekł:
— Muszą pójść razem. Szut zechce ich pewnie także przyjąć, skoro z tobą przyjechali.
— To mi także na rękę.
— Ale, panie, widzę, że masz na nogach buty chorego. Co ci w nogi?
— Zraniłem sobie nogę podczas jazdy i nie mogę chodzić.
— A jakże udasz się ze mną do derekulibe?
— Konno.