Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   54   —

— A wyście tamtędy za nimi nie popędzili?
— Nie. Czyż mogliśmy opuścić swoje stanowisko? Człowiek waleczny wytrwa tam, gdzie go postawiono, aż do śmierci.
Powiedział to z dumną pewnością siebie i spojrzał na mnie wyzywająco, jak gdyby oczekiwał pochwały. Zrobiłem, zdaje się, w tej chwili niezbyt mądrą minę, bo Halef trącił mnie i szepnął:
— Zihdi, zamknij usta! Czy chcesz połknąć takiego zucha?
Stropiłem się istotnie z powodu osobliwej logiki tego przemówienia. Czy to było dziwne? Co robić z takim i ludźmi? Ganić? Nie. Chwalić? Tem mniej. Szczęściem zjawił się wybawiciel w osobie prokuratora. Jako urzędowego kierownika sprawy powinno go było sprawozdanie wściekle odważnego oberżysty zająć w najwyższym stopniu. Tymczasem oskarżyciel publiczny nie słyszał go wcale i przypatrywał się nieustannie hadżemu. Naraz wsunął się pomiędzy mnie a niego i spytał z cicha:
— Effendi, teraz chyba najlepszy czas!
— Do czego?
— Byś się wstawił za mną u hadżego, jak to mi obiecałeś. A może nie chcesz dotrzymać słowa?
Czy należało się zgniewać, czy zaśmiać z tego powodu? Poczciwego prokuratora więcej obchodziła wytrzymałość hadżego na kule, niż powierzona mu sprawa kryminalna.
— Jutro rano, gdy się wyśpimy, teraz nie — odpowiedziałem. — W tej chwili właśnie masz spełnić swój obowiązek.
— Jak to?
— Tam stoi kodża basza, a tu masz kaftan na ramieniu.
— Czy pokazać mu go?
— Oczywiście! Pieniądze także u ciebie. Ci ludzie wszyscy czekają na to, żeby mu udowodnić winę, a ty się jeszcze ociągasz? Nie wygląda to na chęć spełnienia obowiązku.