Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   53   —

— To byłoby wystarczyło. Dwunastu na czterech.
— Mieliśmy także broń. Bylibyśmy zastrzelili wszystkich i zakłuli.
— Tak, nie ulega wątpliwości, że Ostromdżę zamieszkują sami dzielni mężowie.
— Okolicę także! — dodał.
— Tak jest i ty z niej pochodzisz. Czy nic się wam nie udało zobaczyć lub usłyszeć?
— O, kilka rzeczy.
— No, opowiadaj!
— Widzieliśmy ogień i cieszyliśmy się bardzo z tego powodu.
— Ach, czemu?
— Bo myśleliśmy, że wy spaliliście złodziei w chacie.
— Nie, ja nie odznaczam się tego rodzaju walecznością. Zresztą nie było ich w chacie.
— Potem ujrzeliśmy ludzi, idących z pochodnią przez zarośla.
— To ja byłem z towarzyszami.
— Potem słyszeliśmy, jak wołaliście i przeklinali.
— Czy nie poznaliście głosów?
— Bardzo dobrze. Najpierw ryknął ku wam Mibarek, a potem twój hadżi na dół.
— Wiedziałeś zatem, że to był Mibarek.
— Naturalnie. Zdradził go jego głos.
— Więc zapewne zatrzymaliście go razem z towarzyszami.
— To się zrobić nie dało.
— Właśnie, że byłoby poszło bardzo łatwo. Jesteście przecież dzielni.
— Ale nie było nam wolno.
— Czemu nie?
— Bylibyśmy postąpili wbrew rozkazowi.
— Jak? Co? O ile?
— Kazałeś nam przeciąć im drogę i to też uczyniliśmy.
— Dalej!
— Oni zaś byli na tyle rozumni, że nie pojechali, drogą, lecz ugorem pomiędzy drogą a rzeką.