Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   52   —

ujęła frendzle, zwisające mi u pasa, i przycisnęła do ust. Uniknąłem jej podziękowań, oddalając się czemprędzej. „Prokurator państwa “ poszedł za mną z kaftanem w ręku, a pieniędzmi w kieszeni. Byłem pewien, że uważał je odtąd za swą prawowitą własność. Kto wie, czy po moim odjeździe nie wygłosił rozumnego twierdzenia, że ja zabrałem z sobą te pieniądze.
Na dworze czekano na nas, ponieważ tymczasem powrócili bohaterowie, którzy pod dowództwem obu gospodarzy mieli urządzić zasadzkę na zbiegów. Byłem ciekaw, czy też co zdziałali. Oczywiście, że nic, bo byliby przyprowadzili opryszków ze sobą.
Ibarek przystąpił do mnie i zapytał poważnie:
— Effendi, wy ich nie macie?
Ubawiło mnie w duchu to pytanie. Ja odpowiedziałem:
— Nie, jak już zapewne słyszałeś.
— My także nie.
— Tak! W takim razie nie możemy sobie przynajmniej czynić żadnych wyrzutów.
— Pewnie, że nie. Spełniliśmy wszyscy swoją powinność.
— Jak zabraliście się do tego spełnienia?
— Zaczailiśmy się na nich.
— Mój kochany, to się samo przez się rozumie, bo wam to poleciłem, ale co przedsięwziąłeś, aby to polecenie wykonać?
— Zwołaliśmy obydwaj sąsiadów i pobiegliśmy tam, gdzie nam kazałeś.
— To pięknie z waszej strony, bardzo pięknie! Należy ci się pochwała. Co dalej?
— A teraz powracamy.
— Tak? Sam to widzę. Nic nadzwyczajnego nie zaszło?
— Nie, effendi.
— To także dobrze, bo mogło się co stać. Ilu miałeś ludzi z sobą?
— Było nas dwunastu.