Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   181   —

bincy. Odległość także prawie tasama. Można tak się urządzić, żeby unikać drogi nieutorowanej i jechać przeważnie przez otwarte przestrzenie. Często jednak trzeba będzie jechać na przemian to pod górę, to na dół.
— To można wytrzymać.
— Kiedy jedziesz, effendi? Czy mogę jeszcze raz wrócić przedtem do domu?
— Tak, ale bądź tutaj za pół godziny. Czy nie mógłbyś sobie konia wynająć?
— O, gospodarz da mi go zaraz.
— To pomów z nim; ja zapłacę.
— Możesz użyć także mojego, który stoi na dworze — oświadczył brat.
— Nie, ty go sam potrzebujesz; tobie daleko do domu.
— Masz słuszność. Nie wiem też, czyby kroku dotrzymał, bo już bardzo stary. Te łotry zabrały mi dobrego konia. Już nigdy go nie zobaczę, a nie mam pieniędzy na kupienie sobie innego, chociaż bardzoby mi się zdał.
— Ile był wart?
— Między krewnymi stopięćdziesiąt piastrów.
— Ja go odkupię od ciebie.
— Odkupisz? — spytał zdziwiony. — Effendi, czy to na seryo?
— Czemużby nie?
— Bo nie mam tego konia.
— To nic. Już ja go sobie zabiorę.
— Skąd?
— Od złodziei. Gdy ich doścignę, odbiorę im przy sposobności także twojego konia.
— A jeśli ci się nie uda?
— To moja rzecz. Dość na tem, że go kupuję, jeśli się wogóle godzisz na ten targ.
— Z radością, bo i tak nie dostałbym już nigdy tego konia. Ale nie bierz mi za złe, effendi! Chcesz zapewne zapłacić za konia dopiero wtenczas, kiedy go rzeczywiście będziesz posiadał.