Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   182   —

— O nie! Kto wie, jak długo będę musiał jechać za tymi zbójami i kiedy się spotkam z nimi! Jakże mógłbym ci zapłacić dopiero wówczas? Dam ci zaraz dwieście piastrów.
— Ja powiedziałem sto pięćdziesiąt.
— Nie, dwieście!
— W takim razie zrozumiałeś mnie fałszywie.
— To moja wina. Miałem na myśli dwieście piastrów i oświadczyłem ci, że go za tyle kupuję. Czy chcesz tyle?
— Ależ to za wiele.
— A oprócz tego dodam ci pięćdziesiąt piastrów dla dzieci. Masz tu więc dwieście pięćdziesiąt! Wynosiło to ogółem sześćdziesiąt koron za najlepszego konia tego człowieka. Ale w owych stronach ceny za konie zwykłe są całkiem inne od naszych. Na wsi nawet biedak nie obchodzi się bez konia, bo wszędzie istnieją tanie, czasem daremnie używane pastwiska. To, że koszykarz nie miał konia, dowodziło niezbicie jego wielkiego ubóstwa.
Nawet tą tak drobną kwotą wywołałem wielką uciechę. W ten sposób wracała mu się z okładem poniesiona strata. Ja nie ponosiłem przy tem żadnej szkody, gdyż płaciłem pieniędzmi tych, którzy konia ukradli. Żałowałem teraz, że nie schowałem sobie także sakiewek obu Aladżych. Mogłem ich zawartością dużo dobrego wyświadczyć ludziom ubogim, ale uczciwym.
Zjedliśmy śniadanie i gotowaliśmy się do drogi. Noga przysporzyła mi przytem dużo kłopotu. Co miałem na nią wdziać? Zastanawiałem się właśnie nad tem pytaniem, kiedy wszedł lekarz.
— Effendim — rzekł — przychodzę złożyć ci wizytę poranną i zapytać, jak spoczywałeś.
Był tak samo ubrany jak poprzedniego wieczora, a w ręku trzymał jakąś paczkę.
— Dziękuję ci! — odpowiedziałem. — Sen miałem całkiem spokojny i pragnę usłyszeć, że twój był taki sam.