Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/451

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   423   —

po wojskowemu. Podobieństwo obudwu kazało się domyślać, że to bracia. On także przypatrywał mi się jak człowiekowi, któremu ufać nie można.
— Co tam? Czego chce ten obcy? — zapytał brata.
— Nie wiem — odrzekł zapytany. — I wcale wiedzieć nie pragnę. Radziłem mu już, by jechał dalej.
— Tak też zrobię — odrzekłem — lecz zamierzam się o czemś dowiedzieć i spodziewam się odpowiedzi na uprzejme pytanie.
— Uczynimy to, jeśli pytanie będzie zasługiwało na odpowiedź — zauważył żołnierz. — Ja jestem hekim askeri[1]; jestem teraz w odwiedzinach u brata. Przyjm to do wiadomości, zanim zapytasz o co.
Teraz wyjaśniło mi się wszystko. Zacząłem więc w te słowa:
— Dzisiaj rano zajechało do was pięciu jeźdźców?
Potwierdził.
— Jeden z nich był zraniony i ty go opatrzyłeś?
— Tak jest. Czy wiesz może, kto go zranił?
— Ja sam.
— Więc prawda to, co nam ci ludzie opowiedzieli.
— Cóż oni wam opowiedzieli?
— Ty wiesz to o wiele dokładniej od nas. Jeśli nie masz pytać o nic więcej, to skończyliśmy z tobą.
Odwrócił się.
— Stój, zaczekaj jeszcze! — odezwałem się. — Wyobrażam sobie, że was okłamano, ale nie wiem, w jaki sposób. Ponieważ jesteś lekarzem w służbie sułtana, przeto umiesz z pewnością czytać. Przypatrzno się temu papierowi!
Wyjąłem ferman i podałem mu. Zaledwie wzrok jego padł na pismo i pieczęć, skłonił się głęboko i rzekł zdumiony:

— W szak to pieczęć i podpis wielkiego wezyra! Taki dokument wystawia się tylko za osobnem zezwoleniem padyszacha.

  1. Lekarz wojskowy.