Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/452

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   424   —

— Rozumie się. Cieszy mię to, że znasz te stosunki.
— A ty jesteś prawowitym właścicielem tego fermanu?
— Tak; przekonasz się, jeśli porównasz opis mojej osoby.
Zrobił to, potrząsnął głową i rzekł do brata:
— Zdaje się, że postąpiliśmy niesprawiedliwie względem tego effendi. On nie jest tem, czem go nam przedstawiono.
— Jestem pewien, że umyślnie powiedziano wam nieprawdę — potwierdziłem. — Może będziecie tak dobrzy powtórzyć mi, co o mnie mówiono.
— Masz tu twój ferman. Okłamano nas rzeczywiście, wmawiając w nas, że jesteście rozbójnikami.
— Przypuszczałem coś podobnego, a tymczasem to ci, którzy do was zajechali, trudnią się rozbojem — odrzekłem.
— Ale zachowali się zupełnie inaczej.
— Czy to co dziwnego? Potrzebowali waszej pomocy, więc musieli być grzeczni.
— Był z nimi pewien mój znajomy.
— Manach el Barsza?
— Tak. Był przedtem poborcą pogłównego w Uskub.
— Czy jesteś wobec niego zobowiązany do jakich względów? Złożono go przecież z urzędu!
— Tak, ale przez to jeszcze nie musiał zostać rozbójnikiem!
— Jest nim. Czy słyszałeś kiedy o Aladżych?
— Bardzo często. To dwaj zbóje, którzy niepokoją cały kraj od gór Kerubi i Bastrik aż do Dowanicy Planiny. Daremnie usiłowano ich schwytać. Dlaczego pytasz o tych ludzi?
— Bo byli tutaj. Czy przypatrzyłeś się koniom tych pięciu jeźdźców?
— Tak. Były dwa srokacze, wspaniałe konie, które...
Zatrzymał się i spojrzał na mnie z zakłopotaniem. Otworzył usta. Przyszła mu do głowy trafna myśl.