Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/450

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   422   —

— Ludzie.
— Sam chyba tego nie doświadczyłeś?
— Już bardzo często, a dzisiaj znowu.
— Dzisiaj? Czy jesteś gospodarzem tego domu?
— Tak. Chcesz może do mnie zajechać? Widziałem was, gdyście przejeżdżali. Dlaczego wracasz? Jedź dalej śmiało!
Oparł się na motyce i spozierał na mnie podejrzliwie z boku. Miał twarz uczciwą i szczerą i nie wyglądał w cale na odludka. Jego odpychające zachowanie wywołane było niewątpliwie przez osobny powód. Czułem to, dlatego rzekłem:
— Dusza twoja jest widocznie do mnie uprzedzona. Czem zasłużyłem na niegrzeczność, z jaką mi odpowiadasz?
— Czelebilik dicen kiszinin dir[1], to prawda, ale są ludzie, do których przysłowie to nie da się zastosować.
— Czy zaliczasz także mnie do nich?
— Tak jest.
— W takim razie wiedz, że jesteś w błędzie. Oczerniono mnie przed tobą.
— Skąd wiesz, że mówiono mi o tobie?
— Wnoszę o tem z twego zachowania.
— Właśnie ta podejrzliwość twoja powiada mi, że mnie nie okłamano. Jedź zatem dalej! Nie mam z tobą nic do czynienia.
— Ale ja z tobą! Jestem zupełnie inny, niż ci mnie opisano.
— Nie zadawaj sobie trudu! Ja ciebie znam — rzekł z pogardliwym ruchem ręki. — Jeśli jesteś rozumny, to wieś opuścisz. Nie znajdujesz się w miejscu odosobnionem, gdzieby się trzeba bać ciebie i twoich ludzi, gdzieby na pomoc liczyć nie było można. O, przypatrz się temu człowiekowi! Widzisz, że u mnie przebywają ludzie padyszacha.

W drzwiach ukazał się mężczyzna, ubrany na poły

  1. Uprzejmość jest ozdobą człowieka.