Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   229   —

— Nie. Ojciec jego przybył do Zbigancy z Oroszi, stolicy Miriditów.
— Dlaczego w takim razie kłopoczesz się jego śmiercią? Czy Miridici pozostają pod władzą padyszacha?
— Nie, to są wolni Arnauci.
— Czy wiadomo ci także o tem, że sądzą się sami między sobą i to wedle starych praw Lek Dukadżinits?
— Naturalnie.
— Odpędź więc od siebie troskę o śmierć rzeźnika! Czy mu zadałem śmierć prawnie, czy nieprawnie, to oczywiście obojętne tym ludziom; podpadam prawu o zemście krwi i krewni jego będą się starali wykonać ją na mnie. Ty z tem nic nie masz do czynienia.
— Ach! — odetchnął głęboko. — Jestem z tego bardzo zadowolony.
— W takim razie zgoda między nami. Ale jest tam jeszcze jeden martwy.
— Kto taki? — Dozorca więzień z Edreneh, który wypuścił więźnia i umknął razem z nim. I ten go teraz zabił. Przy tych trupach znajdziesz także starego Mibareka, któremu kulą łokieć strzaskałem.
— Jego także? Panie, tyś człowiek straszny!
— Przeciwnie, jestem bardzo dobry, ale w obecnem położeniu nie mogłem postąpić inaczej.
— Jakże przyszło do tego?
— Przysiądź się do nas; opowiem ci o tem.
Usiadł, a ja zacząłem sprawozdanie, które składałem ile możności wyczerpująco, gdyż było na to dość czasu. Wyjaśniłem mu także, dlaczego ścigamy Baruda el Amazat. Zrozumiał więc nasze zamiary i to ułatwiło mu poznanie, z jakimi to łotrami mamy sprawę. Gdy zamilkłem, strapił się bardzo.
— Czy można coś takiego uważać za prawdopodobne? Jesteście jako pancerni kalifa Haruna al Raszyda, którzy objeżdżali cały kraj, aby karać złych, a dobrych nagradzać.
— O, nie jesteśmy bynajmniej tak wysoko poło-