Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   208   —

— Czy sądzisz, że nie mógł mi go zlecić przed śmiercią?
— Nie przeczę. Ale kara dosięgnie jego mordercę, zginie on pomału i nędznie z głodu. Czy masz jeszcze inne pozdrowienia?
— Tak od Dezelima z Ismilan.
— I on umarł. Skręcił kark i zabrano mu kopczę. Z jego mordercą będzie to samo, co z mordercą Usty! Dalej!
— Następnie przynoszę ci pozdrowienie od Mibareka i od Aladżych.
— Ci trzej mnie już przywitali. Twoje więc pozdrowienie zbyteczne.
— Ach! Więc są już tutaj?
— Tak są. A czy wiesz, kto ja jestem?
— Szut.
— Nie. Szutem nie jestem; jego nigdy nie zobaczysz. Ty wogóle nic już nie zobaczysz. Ja jestem...
Za mną uderzyło coś z ogromną siłą. Rzeźnik zniknął i drzwi za sobą zatrzasnął. Słychać było, jak zewnątrz zasunął ogromny rygiel.
Latarnia zgasła.
— Ja jestem... stary Mibarek we własnej osobie — zabrzmiało nad nami. — Zostaniecie tu i zginiecie z głodu, albo pożrecie się żywcem nawzajem.
Szyderczy śmiech towarzyszył tym słowom, poczem ukazał się nad nami jasny otwór. Ujrzeliśmy dwa sznury, na których wisiała postać starego, wyciąganego z czeluści. Potem zapadła klapa na górze i znaleźliśmy się wśród nieprzebitych ciemności.
Wszystko to stało się tak szybko, że niepodobna było temu przeszkodzić. Gdyby nie to, że siedziałem z chorą nogą w lektyce, nie byłoby się może temu łotrowi udało zamknąć nas w tej pułapce.
— Allah! — zawołał Halef. — Czarny wyjechał przez otwór, a myśmy pozwolili na to spokojnie, nie dawszy mu nawet kuli na drogę. Ale czasu na to nie było.