Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/360

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   336   —

— Sądzę, że tak.
— Reszta to moja rzecz. Czy możesz nam powiedzieć, gdzie zastaniemy Habulama?
— W tej izbie za selamlikiem[1], w której siedzieliście z nim razem. Drzwi zaraz odnajdziecie. Jeśli nie tam, to w kuchni go spotkacie. Powiedziała mi Anka, że on chce patrzeć na to, jak będą dla was przyrządzali achszam taami[2].
— A gdzie jest kuchnia?
— Na lewo od drzwi podwórzowych. Przewożono cię koło nich. Ale bądźcie rozumni i nie pokażcie się przedwcześnie, bo się ukryje.
Janik wyszedł, a my wkrótce po nim; ja rozumie się w fotelu na kółkach. Halef niósł placek, przykrywszy go końcem kaftana. Nie szliśmy wpoprzek przez dziedziniec, lecz zwróciliśmy się ku stajniom, aby się nie dać spostrzec i trzymaliśmy się ścian budynku głównego.
Szukaliśmy najpierw pana domu w jego pokoju. Ponieważ podłoga w komnacie przyjęć wyścielona była rogożami, nie sprawiliśmy żadnego szmeru. Osko otworzył drzwi dalsze i zaglądnął do środka.
— Czego chcesz? — zabrzmiał trwożny głos Habulama.
W tej samej chwili wsunął mnie Omar z fotelem do izby. Ujrzawszy mnie, rozłożył Habulam wszystkich dziesięć palców, wyciągnął je ku mnie i krzyknął bardzo przestraszony:
— Haza fi aman Allah — Niech mnie Bóg zachowa w swojej opiece! Wyjdź, wyjdź! Ty masz złe spojrzenie!
— Tylko dla wrogów, a nie dla ciebie — odrzekłem.

— Nie, nie! Nie mogę pozwolić, byś na mnie patrzył.

  1. Pokój przyjęć.
  2. Wieczerza.