Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   280   —

— Wątpię.
— O, z pewnością! Zaczai się na ciebie i pośle ci kulę kiedy i gdzie mu się spodoba; ani się tego spodziejesz. Nie dojrzysz go i będziesz trupem.
— A ja ci powiadam, że jeśli się ośmieli podnieść przeciwko mnie swą strzelbę, będzie po nim!
— Panie, Allah mi świadkiem, że to zuchwalstwo! — zawołał gniewnie.
— To nie zuchwalstwo. Ja wiem, co mówię!
— A ja cię zapewniam, że gdyby cię nawet nie dosięgła jego kula, to zginiesz od czekana. To mistrz w władaniu tą bronią. Czy ty kiedy rzucałeś toporem hajduczym?
— Nie.
— W takim razie zginiesz. A jeżelibyś nawe uniknął śmierci, to znajdą się inni, którym wczoraj umknąłeś. Mogą za każdym krzakiem czatować na ciebie.
— To niemożliwe!
— Czemu?
— Bo pojechali do Engely; gdyby zaś byli tutaj, to byłyby także ich ślady. Mój koń poczułby ich i parskaniemby mi to oznajmił, a ja poznałbym ich zdaleka, bo oczy moje przywykły już oddawna do lasu.
Był przekonany, że za godzinę już umrę, więc go to gniewało, że tak lekceważąco wyrażałem się o swoich wrogach.
— Powtarzam ci — rzekł — że już niema rady dla ciebie. Nie wierzysz nawet prawdzie, że jest prawdziwą!
— Jeśli prawda domaga się dopiero, żeby w nią wierzyć, to właśnie nie jest prawdziwą! Przestańmy teraz mówić o tem. Poznasz nas jeszcze lepiej, niż dotychczas. Jeśli zechcę, strzelba Miridita zupełnie nie wypali, choćby się najbardziej wysilał.
— Czyżbyś umiał rzeczywiście czarować?
— Nie potrafię więcej od drugich ludzi, ale zaglądałem w oczy już innym, niż ten brat rzeźnika i wiem,