Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/427

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   399   —

— Tak.
— Poniesiesz zatem i karę, którą na ciebie nałożymy. Effendi, ile dostanie kijów?
— Sto — odpowiedziałem.
— Sto! — wrzasnął stary. — Ja tego nie przeżyję!
— To twoja rzecz! Przyjmiesz sto kijów na podeszwy!
Omal nie upadł. Widziałem, jak mu się trzęsły kolana. Był to wielki drab, ale tchórz jeszcze większy.
— Miej litość! — jęczał. — Allah ci to wynagrodzi!
— Nie, Allah gniewałby się na mnie, gdybym postępował wbrew jego przykazaniom. Co powiedzieliby Suef i Humun, gdybym tobie karę darował, gdy tymczasem oni swoją odcierpieli!
— Na bastonadę z nim! — zawołał Suef.
— Niechaj tych sto dostanie! — zawtórował mu Humun.
— Słyszysz więc! — rzekł Halef. — Allah życzy sobie tego, a my także. Chodź zatem! Połóż długość członków swoich na ławie, żebyśmy cię mogli przywiązać.
Ujął go za ramię, aby go ściągnąć na ziemię. Wstrętny starzec wił się jak robak i jęczał, jak małe dziecko. Skinąłem na Omara i Oskę. Ci pochwycili go i przycisnęli do ławy.
— Wstrzymajcie się, wstrzymajcie! — krzyknął. Ja zginę od tego! Jeżeli umrę, duch mój będzie się wam ukazywał i nie zostawi was nigdy w spokoju!
— Powiedz twemu duchowi, żeby tego zaniechał — odparł Halef. — Gdyby się u mnie pojawił, odpokutowałby gorzko!
Przywiązano Habulama pomimo oporu. Jego kościste nogi krzywiły się, jak gdyby już teraz czuły ból spodziewany.
— Kto weźmie kij do ręki? — zapytał Halef.
— Ty — odpowiedziałem.