Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   102   —

Obydwaj roześmiali się głośno.
— Tak, ty! Byłoby też źle, gdybyś ty sam nie znał swojego nazwiska. Ale jesteś chyba jedynym, który je sobie spamiętał.
— Zapomnieć go nie można nigdy, ponieważ jest wciągnięte do księgi żywota.
— Ach tak! Jesteś szeryfem, a żaden z was nie idzie do piekła. Ty jednak chciałeś nas także z niego wybawić i wytłómaczyć, że raki nam pić nie wolno.
— Tak, jest wzbronione surowo.
— I to jest napisane w Koranie?
— Z pewnością i naprawdę.
— Czy wówczas, kiedy prorok miewał objawienia, było już raki na świecie?
— Nie, gdyż o tem niema ani słowa w żadnej historyi świata, ani natury.
— Więc nie może być też zakazanem.
— A jednak! Dotyczące słowo brzmi tak: Kullu