Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   219   —

z rozmysłem. Czyżby dzisiejszej zabawy spróbowali już na kim innym?
— Ach, effendi, może tu ludzie już z głodu poginęli!
— U tych łotrów można to przypuszczać; z nami przynajmniej chcieli zrobić to naprawdę. Spuśćmy ten sznur do środka, to będą mogli wyjść Osko i Omar.
Stało się tak, a niebawem siedzieli obaj koło nas. Wytężaliśmy wzrok, ale daremnie staraliśmy się ujrzeć któregoś ze zbiegłych do lasu.
Wyciągnąłem sznur znowu i zamknąłem wieko.
— Czy sądzisz, że spuścimy tu znowu ten sznur i zdołamy zleźć po nim niepostrzeżenie? — zapytał Halef.
— Tak — odparłem — bo tu jest ciemno. Zresztą spróbujmy. Spuśćmy najpierw tego trupa. Niech do niego strzelają. Ja mam sztuciec w pogotowiu. Gdy zabłysną ich strzały, będę miał cel.
Przeciągnęliśmy trupowi sznury pod pachą i spuściliśmy zwłoki na dół, aby przeciwników znęcić do strzału, ale nic się nie poruszyło.
— W takim razie ja pierwszy się spuszczę — rzekłem. — Wlezę natychmiast w zarośla, a potem dalej przez las. Chcę ich zobaczyć, jeśli są tutaj. Tu jest źródełko, muszą się więc także znajdować żaby. Takie nawoływanie nie zwróci uwagi. Zostaniecie tu na górze, dopóki nie dostaniecie znaku odemnie. Usłyszawszy kum kum ropuchy, zostaniecie, aż zgaśnie ognisko. Gdy zaś zwykła żaba zaskrzeczy raz bardzo grubo, zejdziecie. Na dole zostaniecie do mego powrotu.
— To zbyt niebezpieczne dla ciebie, zihdi!
— O nie! Jeżeli tylko Mibarek, który tam leży na dole, nie zamierza czegoś złego i nie udaje. Dozorca siedzi tu także gdzieś niezawodnie. Miejcie się w każdym razie na baczności. Ja idę.
Rusznica leżała w chacie na ziemi. Przewiesiłem sobie sztuciec przez ramię, uchwyciłem się sznura i spuściłem szybko na dół. Spoczywał tu trup, a obok niego Mibarek, nieruchomy, jak martwy.