Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   218   —

Blask ognia nie mógł się dostać aż tutaj nadół, gdzie patrzyłem w tej chwili. Było tu dość ciemno. Gdyby mi się tu zejść udało, nie dostrzegliby mnie poukrywani za drzewami zbóje.
W tem usłyszałem za sobą:
— Zihdi, ja tutaj. Czy mogę wyjść?
— Tak, Halefie, ale nie stawaj prosto, bo cię mogą zobaczyć i wystrzelą do ciebie.
— O, nas się kule nie imają!
— Nie żartuj! Chodź!
Wylazł.
— Ach! Kto tu leży?
— Rzeźnik. Zginął od kuli, jak się domyśliłem.
— To kara dosięgła go rychło. Niech nań Allah będzie łaskawy!
Rozejrzawszy się dokładniej, znalazłem żelazne kółko przymocowane do skały. Z tego kółka zwisały dwa sznury, które widzieliśmy już przedtem, gdy wyciągano Mibareka na górę.
— Potem spuścił się na dół dozorca więzienny — rzekł Halef.
— Prawdopodobnie. Ten przyrząd umieszczono tutaj