Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   209   —

— To prawda. Panie, byliśmy głupi! — rzekł Osko.
— Tak — zaśmiał się Halef. — Aż dotychczas byliśmy głupi pojedynczo, ale teraz wszyscy razem, a zihdi z nami.
— Zaiste masz słuszność, Halefie — potwierdziłem. — Ale słuchajno!
Za drzwiami podniosło się dzikie wycie. Walono pięściami w drzwi, a potem wygłosił każdy swoje imię, dołączając do tego najokropniejsze przekleństwa! Odmalowywano nam los nasz wszelkiemi barwami. Nie ulegało wątpliwości, że mieliśmy tu pozostać w zamknięciu i zginąć z głodu.
— Zihdi, nikogo nie brak, są wszyscy — rzekł Halef. — Allah! Gdybym mógł wyjść, pokazałbym im harap...
— Nie mów o tem! Nic nam to nie pomoże.
— Więc mamy zginąć z głodu! Czy sądzisz, że do tego przyjdzie?
— Spodziewam się, że nie. Musimy przedewszystkiem zbadać to miejsce. Z obu stron niema wyjścia, tylko przez drzwi z przodu i górą przez otwór.
— Panie, czy nie wziąłeś latarenki ze sobą, tej flaszeczki z oliwą i z fosforem? — spytał mnie Halef.
— Tak. Mam ją zawsze przy sobie.
Gdy się włoży kawałek fosforu do flaszeczki z oliwą, to świeci on po wyjęciu korka i dopuszczeniu tlenu z powietrza. Stosownie do wielkości flaszeczki i czystości szkła powstaje większe lub mniejsze światło.
Noszę przy sobie zawsze taką flaszeczkę, nawet wówczas, gdy nie jestem w podróży. Służy ona doskonale przy wchodzeniu na obce schody, przechodzeniu przez nieznane miejsca. Szkło szlifowane więcej się oczywiście do tego nadaje.
Halef wziął tę latarkę, wpuścił do niej powietrza i zaczął oglądać przy jej świetle drzwi wchodowe. Obite były silną żelazną blachą i spoczywały na żelaznych zawiasach, których haki wpuszczono w kamień, zalewając dziury ołowiem. Mogliśmy rozluźnić te haki i zdjąć drzwi