Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   187   —

byli, dowodziła tu taj budowa domów, że mieszkańcy cieszyli się pewną zamożnością.
Oczywiście, kazaliśmy zaprowadzić siebie zaraz do chanu. Składał się on z rozmaitych budynków, otaczających wielki dziedziniec i czynił wrażenie małego dworka szlacheckiego. Po gospodarstwie poznać było odrazu, że właściciel jest niezawodnie Bułgarem, co też się sprawdziło.
Przyjął nas bardzo uprzejmie i obdarzył mnie najdostojniejszymi tytułami, prawdopodobnie dlatego, że jako znawca podziwiał mojego Riha i zaprosił nas do izby.
Miał on nawet dwie izby, jedną dla ruchu zwyczajnego, a drugą dla tych gości, których chciał odszczególnić.
Dwaj parobcy musieli zsadzić mnie z konia i zanieść do izby dostojniejszej, gdzie z niemałem zdziwieniem spostrzegłem przedmiot drewniany z oparciem, na którem leżała poduszka. Mebel ten można było niemal nazwać kanapą.
Zauważywszy, że zdumiałem się na widok tego mebla, na którym mnie też posadzono, rzekł gospodarz z uśmiechem zadowolenia:
— Dziwi cię, panie, ta sofa? Zrobiono ją w Sofii i przysłano tutaj na wozie. Zapewne jesteś przyzwyczajony do rahat otturmak[1], bo widzę, że jesteś muzułmanin i hadżi; ja jednak jestem chrześcijanin, stąd wolno mi siedzieć z wyprostowanemi nogami. Ponieważ masz nogi spuchnięte, będzie to wygodne dla ciebie.
— Od dziecka przywykłem do tego rodzaju siedzenia — brzmiała moja odpowiedź. — Nie jestem muzułmanin.
— I nosisz hamail pielgrzyma z Mekki!
— Czy to zabronione?
— Nawet bardzo surowo.
— Przez kogo?
— Przez prawa kalifów.

— Nie obchodzą mnie one wcale, jako chrześcija-

  1. Dosłownie: Spoczynek członków.