Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   69   —

— A jeżeli nie przybędziesz?
— Zjawię się napewno!
— Jesteś człowiekiem, łatwo ci się omylić. Może ci się co przytrafić, wskutek czego będziesz potrzebował naszej pomocy.
— W takim razie wyjedziesz sam następnego dnia, nie przed południem i nie na karym. Zostawisz go w chacie z Oską i Omarem. Nie chcę narażać go na niebezpieczeństwo. Na tej drodze powrotnej znajdziesz już jakieś znaki odemnie. Oto co mieliśmy naprzód omówić. Nic więcej nie da się dzisiaj przewidzieć. A teraz zakończmy rozmowę. Trzeba nam wypoczynku, sprobójmy, czy sen nas orzeźwi.
— Mnie sen nie nawiedzi. Sztuczka z kulami i kary nie pozwolą mi zasnąć. Dobranoc, zihdi!
— Dobranoc! Wierzyłem poczciwcowi, że opanowało go znaczne podniecenie. Trzy stworzenia istniały, do których należało jego serce: ja byłem pierwszy, potem następowała Hanneh, „ozdoba kobiet i dziewcząt“, a wreszcie kary Rih. To, że miał na nim jechać, było dlań nadzwyczajnem zdarzeniem. Wiedziałem, że nie uśnie.
I tak się stało. Ja sam byłem dość rozdrażniony i nie mogłem się uspokoić. Gdyby poczciwa Nebatia nie była poszła na górę po króla ostów i nie podsłuchała rozmowy, byłaby nie mogła mnie ostrzec. W tym wypadku czekałaby mnie śmierć pewna. Jakże nikła jest wola ludzka wobec boskiego zrządzenia! Żebym był człowiekiem najodważniejszym, najsilniejszym i najmędrszym, bez Nebatii byłbym zgubiony.
Takie myśli zwykły otwierać wrota do przeszłości. Szczęśliwy, kto spojrzawszy tam, pozna, że może wprawdzie własną wolą wpływać na swoje losy, że jednak trzyma go ręka silniejsza i kieruje nim nawet wówczas, gdy mu się zdaje, że ją od siebie odtrąca! Tak leżałem, myśląc i marząc na poły, dopóki się nie zdrzemnąłem.