Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   68   —

— To pytanie zostawię na razie bez odpowiedzi, bo jeszcze nie wiem, jak się sprawy ułożą. Będę się starał zmienić, o ile możności, swą zewnętrzną powłokę, a potem...
— O, mimo to ciebie poznają!
— Wątpię, bo Aladży nie widzieli mnie jeszcze nigdy. Opisano im jedynie moją osobę.
— W takim razie może ich oszukasz. A czy oni nie przybędą do Ostromdży?
— To nieprawdopodobne.
— Czemu? Czy sądzisz, że obawialiby się tu o swoje bezpieczeństwo?
— Bynajmniej. O ile mi ich opisano, byliby zdolni zastraszyć całą tchórzliwą ludność tutejszą. Ale nie zechcą wystawić się nam na widok i zaczają się na nas w czystem polu. To pewne i dlatego nie zabiorę nawet z sobą strzelb swoich, lecz wam je pozostawię. Pojadę sam i będę udawał pospolitego mieszkańca tego kraju. Zobaczę ich w każdym razie.
— Nawet, gdy się schowają?
— I w tym wypadku. Gdy znajdę miejsce, nadające się do napadu, poszukam śladów i spotkam ich z pewnością. Co potem będzie, tego teraz jeszcze oczywiście nie wiem.
— Ale my musimy przecież wiedzieć, co mamy robić!
— Naturalnie. Wy pojedziecie w wolnem tempie drogą stąd do Radowicz. W dwie godziny przejeżdża się przez rzekę, a potem w trzy najdalej staniecie na miejscu. Jeżeli nic się po drodze nie zdarzy, wam także nic w oko nie wpadnie, to wstąpicie do pierwszej oberży po prawej ręce. Mogą tu zajść trzy wypadki. Albo będę tam jeszcze...
— Tak, to dobrze zihdi.
— Albo już będzie po mym odjeździe...
— To nam zostawisz wiadomość.
— Albo mnie jeszcze nie będzie i zaczekacie, dopóki nie nadjadę.