Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   115   —

Na wysokim brzegu drogi stały drzewa mniej gęsto obok siebie tak, że mogliśmy jeszcze trochę dalej pojechać; potem jednak trzeba było konie prowadzić.
Nareszcie zatrzymaliśmy się. Konie miały zostać spętane obok siebie. Ta okoliczność mi się nie podobała, gdyż miałem zamiar oddalić się potem skrycie. W tym celu powinien był mój koń stać tak daleko, żeby go Skipetarzy nie widzieli.
Miałem w kieszeni spinkę od kołnierza, bardzo śpiczastą z jednej strony. Wyjąłem ją niepostrzeżenie z kieszeni. Potem udałem, że chcę memu koniowi, przywiązanemu do srokaczów, rozluźnić gurt. Tymczasem ściągnąłem go tak mocno, jak tylko mogłem, wsunąwszy przedtem pod siodło spinkę w ten sposób, że ostrze dotykało skóry. Spinka musiała koniowi sprawić ból, a co dalej, na to należało zaczekać.
Aladży tymczasem znaleźli sobie odpowiednie miejsce, z którego mogli mieć na oku biegnącą w tyle część drogi! Strzelby leżały obok nich zarówno jak topory do rzucania, które odpięli od pasa. Pojąłem ich plan. W przekonaniu! że kule nas nie dosięgną, chcieli nas pozabijać toporami!
Ludzie ci posiadają wielką zręczność w rzucaniu tą bronią, sądzę jednak, że, chociaż nigdy jej w ręku nie miałem, potrafiłbym to samo, nabyłem bowiem sprawności w rzucaniu tomahawkiem.
Przysiadłem się do nich i rozpoczęła się cicha rozmowa. Udawali gotowych do walki, aby nas uwolnić od Skipetarów. Sztuczka skipetarska, którą mi obiecali pokazać, polegała oczywiście na tem, że zapewnili sobie mój współudział, chociaż sami mieli być mordercami. Miałem się przerazić podczas napadu, a następnie opowiadać o tem na pośmiewisko ze siebie.
Spinka działała już od długiego czasu. Koń Halefa zaczął się niepokoić; parskał i walił kopytami na wszystkie strony.
— Cóż to twemu koniowi? — zapytano mnie.
— O, nic! — odrzekłem swobodnie.
— To ma być nic? Może nas zdradzić!