Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   206   —

To był zapewne drugi ciemny przedział, o którym wspominał gospodarz. Wydało mi się, że tam teraz paliło się światło.
Wpadło mi w oko, że na dachu chaty znajdowało się coś w rodzaju sztachet, przez które nie podobna był j zobaczyć dolnej części rozpadliny. Mogło się tam pomieścić kilka osób.
Rzeźnik powrócił.
— Panie! — rzekł — Szut żąda, żebyście broń odłożyli.
— Tego nie uczynimy.
— Ależ, czemu nie? Szut jest sam!
— My się też nie boimy bynajmniej, zatrzymujemy broń tylko z przyzwyczajenia.
— Ale Szut nie ścierpi, żeby przed nim stał ktoś z bronią w ręku.
— Ach! Rzeczywiście?
— Nie. Nigdy!
— A przecież ty tam byłeś przed chwilą, pomimo że masz nóż i dwa pistolety przy sobie.
Zmieszał się, ale mimo to odpowiedział:
— To co innego. Ja jestem najbliższym z jego zaufanych.
— W takim razie skończyliśmy ze sobą — odrzekłem stanowczo. — Halefie, wracamy!
Osko i Omar ujęli już za nosze, gdy rzeźnik znowu rozpoczął układy:
— Panie, jesteś strasznie uparty! Spytam jeszcze raz.
Wstąpił do środka i powrócił z wiadomością, że wolno nam wejść. Nie wysiadłem z lektyki, lecz kazałem się wnieść do chaty. Halef musiał zaglądnąć przez drugie drzwi i doniósł mi szeptem:
— Tam jest tylko jeden nieuzbrojony człowiek, z całkiem czarną twarzą.
— Czy są tam drzwi?
— Nie.
Pomimo że drugie drzwi były wązkie i nizkie, wniesiono lektykę do środka. Przy świetle latarni zobaczyłem,