Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/368

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   342   —

— Czy sądzisz, że ja w to uwierzę?
— Musisz, bo przysięgam ci na brodę proroka. Tego nikt nie zrobił, tylko Janik, bo on był w kuchni.
— On chyba najtrudniej.
— Ty go nie znasz, to człowiek bardzo podstępny; rozmyśla tylko nad sposobami wyrządzenia drugim złego. Poco on was do mnie przysłał? Czyż nie jest przy was dlatego, by wam usługiwać? To on nie wie, że na was nie czekałem? Dlaczego nie przeszkodził wam w przyjściu do mnie?
— Bo nie mógł. Aby nie spotkać się z jego oporem, wysłałem go do stajni, poczem wyruszyliśmy sami pokryjomu.
— A jednak to tylko on był!
— Ty go niewinnie posądzasz. Zjadł trochę jajecznicy, bo z gościnności odstąpiliśmy mu cokolwiek. Czy zrobiłby to, gdyby zatruł potrawę?
— Jak? On jadł to, on?
— Sam go zapytaj! Czyż nie widzisz, że brakuje całego kawałka?
Ten kawałek odcięliśmy i schowali.
— O Allah, w takim razie musi umrzeć!
— Niestety!
— A winę ponosisz ty, bo mu to dałeś!
— Nie, ty jesteś winny! Dlaczego przysłałeś nam ten placek śmiertelny. Ja się nie pozwolę oszukać. Nie ukarzę cię jednak jeszcze, lecz zostawię ci czas na skruchę. Strzeż się wymyślać przeciwko nam coś złego. Powinienbym właściwie dom twój opuścić, ale wtedy zostałoby u ciebie nieszczęście, któreby cię pochłonęło. Dlatego z litości zatrzymam się do jutra, żebyś się mógł poprawić. Teraz zostawimy cię samego. Rozważ, jak nieroztropnie postąpiłeś i dalej jeszcze chcesz postępować!
Nie odpowiedział na to ani słowa. Ja umyślnie wyrażałem się niejasno. Chciałem niedopuścić do tego, żeby on odczuł, co o nim myślimy. Kiedyśmy wyszli od niego na dziedziniec, błysnęło i huknął piorun. Rozpętała się burza, więc pospieszyliśmy do wieży, gdzie już czekał na nas Janik.