Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   137   —

i siodło i objuczyli go swoimi pakunkami. Nic dokładniejszego podsłuchać się nie dało, ponieważ głośno nie rozmawiali, a przytem następowały często pauzy, w których słuchać nie mogłem. To jednak, co tu usłyszałem, naprowadziło mię na domysł, iż Mibarek jest wielkim złodziejem i rozbójnikiem. Najlepsze z tego wszystkiego, co pozbierał z rozboju, znajdowało się na koniu pakunkowym. Rzeczy mniejszej wartości, a zajmujące wiele miejsca, spalił razem z chałupą. Najbardziej tem się cieszyli, że Srokacze tak się znaleźli pod ręką. Teraz uważają swoich prześladowców, a więc was, za zgubionych.
— W takim razie mylą się potężnie. Nie pozbędą się nas; będziemy im następować na pięty.
— O gdybym ja mógł być z wami!
— Naco? — spytałem.
— Ponieważ okradli mego szwagra, a mnie oszukali o bakszysz.
— O tego za wiele! Byłeś z nimi aż w Taszkoj?
— Jeszcze znaczny szmat drogi dalej.
— Jak tam daleko?
— Potrzeba było pięciu godzin.
— A dokąd się potem udali?
— Chcieli zejść na dolinę Bregalnicy. Więcej nie zdołałem się już dowiedzieć.
— W takim razie wiem już, w którą stronę zmierzali. Czy obstawałeś przy tem, żeby ci dali wynagrodzenie?
— Oczywiście! Byli na tyle przebiegli, że zabrali mnie ze sobą dalej niż do Taszkoj, bo tam mogłem znaleźć pomoc i zmusić ich do zapłacenia. W lesie dopiero stanęli, by mi powiedzieć, że już mnie nie potrzebują. Prosiłem ich o bakszysz, lecz wyśmiali mnie. Rozgniewałem się i zażądałem zwrotu szwagrowego konia. Nato oni zeskoczyli z koni. Dwóch rzuciło mię na ziemię, przytrzymali, a trzeci bił harapem. Musiałem się z tem pogodzić, bo byłem wobec nich za słaby. Panie, dotąd nikt nie bił mnie jeszcze! Odtąd szedłem szybko dwanaście godzin. Grzbiet mój jest jak jedna rana od ude-