Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   136   —

— To ten sam, który ja mam na myśli!
— A więc ten gospodarz jest twoim szwagrem?
— Tak, to mąż mojej siostry, która niedawno umarła.
— Ja zajechałem był do niego.
— Więc widziałeś go i mówiłeś z nim?
— Tak. Więc to tego biedaka okradli? Kiedy tam byłem, stał jakiś koń poza domem.
— To ten drugi. Szwagier miał dwa konie i dwa siodła, jedno pod jeźdźca, drugie pakunkowe.
— Czy nie opowiadali nic o dwu jeźdźcach, których spotkali?
— Owszem, wspominali o tem, ale nie mogłem z tego nic pojąć. Mówili o dwu srokaczach, a to są konie nie ludzie.
— W tym wypadku jedno i drugie, ludzie i konie.
— Srokacze miały napaść na kogoś i zabić go potem.
— To nas.
— Was, panie? Zaco?
— Z zemsty. Ci Srokacze to dwaj osławieni Skipetarzy, żyjący tylko z rabunku. Nadano im tę nazwę, ponieważ jeżdżą na dwóch srokaczach.
— A więc to tak jest! A ci Skipetarzy nie zaczaili się na was?
— Właśnie, że tak.
— Ależ wy się tu znajdujecie! Czyście im umknęli?
— Podstępem w ten sposób, że ja się przebrałem. Spotkałem ich u twego brata i spędziłem z nimi kilka godzin. Teraz jednak dowiedzą się, że ich w pole wywiodłem i będą nas szukali.
— Może przyjdą i tutaj?
— To możliwe.
— Jeśli o was spytają, czy im powiedzieć?
— Nie chcę cię nakłaniać do kłamstwa. Powiedz, że byliśmy tutaj i że pojechaliśmy do Radowicz. To jednak, co tu teraz mówimy, zachowaj w tajemnicy.
— Nie, panie, nie dowiedzą się ani słowa.
— Opowiadaj więc dalej!
— Usłyszałem zatem, że zabrali szwagrowi konia