Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/465

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   435   —

— Tak, że nie uszło nic waszej uwagi?
— Tak. Suef patrzył na nas przytem dość złośliwie. Bawił się widocznie tem, że nas gniewał. Najchętniej byłbym go przeciągnął harapem. Sądzi, że prędzej od nas będzie na drugiej stronie.
— Nie zamieniliście z nim ani słowa?
— Ani słowa.
— To dobrze! Popatrz, prowadzi za sobą konia za cugle. Wsiada rzeczywiście do czółna, a szkapa ma płynąć z tyłu. Tego chyba nie dokaże.
— O zihdi, przypatrzyłem się temu koniowi dokładnie podczas naszej jazdy onegdajszej. On o wiele lepszy, niż wygląda. Ten koń dyabła ma w sobie.
— Mimo to wszystko żalby mi było, gdyby się zdarzyło jakie nieszczęście, zwłaszcza ze względu na tę kobietę, która wsiadła razem z nimi. Przejeżdżajmy i to jak najprędzej!
To wezwanie odnosiło się do przewoźników.
Stary właśnie fajkę wypukał i wyjął kapciuch, by ją napełnić na nowo. Mimo mego rozkazu zajmował się tem spokojnie dalej.
— Czy słyszałeś? — zapytałem. — Odłóż fajkę. Przeprawa może raz obejść się bez niej.
— Nie, panie — odrzekł swobodnie. — Mojej pracy towarzyszy cybuch; od tego odstąpić nie mogę. Tak było przez całe moje życie i tak zostanie aż do mego ostatniego przewozu.
— Ale ja chcę tam być prędzej niż łódź!
— Nie obawiaj się zbytecznie, mój panie. Łódź prawdopodobnie wcale na drugą stronę nie przejedzie.
Nakładał fajkę swobodnie dalej, wyjął potem gołą ręką węgiel z ognia, żarzącego się na kilku pozsuwanych kamieniach i służącego wyłącznie do zapalania fajki. Pociągnąwszy potem kilka razy, zawołał głosem marszałka:
— Naprzód, chłopcy! Musimy zasłużyć na piastry, które nam dano!
W tej chwili ujrzeliśmy powyżej łódź, wysuwającą się z zarośli. Na przodzie siedziała kobieta, w środku wy-