Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   145   —

— Do kogoż jestem tak podobny?
— Do pewnego nieżyjącego effendi.
— Ach! I kiedyż on umarł?
— Dziś w drodze.
— To smutne, jeżeli wierny ginie w drodze. Jego krewni nie mogą w takim razie odmówić nad nim sury śmierci. A na co umarł?
— Został zamordowany.
— To okropne! Czy widziałeś jego zwłoki?
— Nie, panie.
— A kto go zamordował?
— Niewiadomo. Leżał w lesie na drodze stąd do Ostromdży.
— Przez ten las i ja też przejeżdżałem. Dlaczegóż nic nie słyszałem o morderstwie? Czy chciano go obrabować?
— Nie. Miało się to stać z zemsty.
— Pewnie krwawa zemsta?
— Nie, inna. Ten nieostrożny człowiek wywołał w Ostromdży poprostu rewolucyę, podjudził jednych ludzi przeciwko drugim, a wieczorem podpalił dom pobożnego człowieka.
— To oczywiście zbrodnia, której mu Allah nigdy nie przebaczy.
— O, ten człowiek nie wierzył w Allaha. Był to giaur, chrześcijanin, jedzący świńskie mięso.
— W takim razie piekło go pochłonie.
— Z zemsty urządzono nań zasadzkę i zabito go.
— Czy sam był?
— Nie. Miał trzech towarzyszy.
— A gdzie oni?
— Zniknęli. Zdaje się, że i oni ponieśli śmierć.
— A gdzie zabrano jego zwłoki?
— Tego nie wiem.
— To szczególne! I ja jestem podobny do tego niewiernego?
— Masz całkiem jego postać i oblicze, tylko twoje włosy i wąsy są znacznie krótsze i jaśniejsze od jego.