Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   146   —

— A zatem jest przecież między nim, giaurem, a mną, szeryfem, różnica, którą się dusza moja raduje. Ale kto ty jesteś?
— Bokadżi z Ostromdży.
— W takim razie to wszystko wiesz dokładnie. Ale, hm, słyszałem w drodze, że są tu podobno dwaj rozbójnicy, Skipetarzy, których nazywają Srokaczami. Czy słyszałeś jut kiedy o nich?
— Tak, ponieważ my posłańcy dowiadujemy się o wszystkiem.
— Czy znasz ich?
— Nie, panie. Jak może człowiek uczciwy znać rozbójników. Dlaczego o nich pytasz?
— Widziano ich dziś rano w pobliżu Ostromdży.
— Wobec tego niech się Allah zmiłuje nad tą okolicą!
— Był z nimi także pewien bokadżi. Podobno nazywa się Toma.
Posłaniec drgnął z przerażenia, ja zaś pytałem spokojnie dalej:
— Czy znasz go może?
— Bardzo dobrze. To mój towarzysz.
— Więc ostrzeż go, skoro go spotkasz. Poszukuje go policya.
— Allah w’ Allah! Dlaczego?
— Bo on jest współwinny morderstwa, ponieważ zdradził tego chrześcijanina przed Aladżymi i wydał go rozbójnikom. Dał im znać, kiedy ci obcy opuszczą Ostromdżę.
— Czy to prawda? — wyjąkał.
— Zamordowany sam to powiedział.
— Czyż może mówić nieżywy?
— On nie zginął, nie jest zamordowany. Nikt o tem nie wie, że go miano zamordować prócz ciebie, Tomo.
Posłaniec zerwał się z miejsca.
— Ty znasz mnie? — zawołał osłupiały.
— Tak, a oni znają ciebie także.
Zdjąłem okulary i turban i wskazałem na drzwi,