Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—   13   —

 — Nie mów nic, bo moje zdanie zostanie mimoto nie zmienione. Gdybyś się był zajął tą sprawą tak, jak było twoim obowiązkiem, mielibyśmy złodziei już dawno.
 — Czy myślisz, że zgłoszą się u mnie dobrowolnie?
 — Nie, ale sądzę, że są tutaj w Ostromdży.
 — To nie może być! Do żadnego konaku nie zajechało trzech jeźdźców.
 — Ani im się też śniło. Oni się nie pokażą tak blizko miejsca czynu. Oni się ukryli.
 — Czy mam wiedzieć, u kogo?
 — Naturalnie. Ja jestem obcy, a wiem.
 — Co? Ty wiesz o tem?
 — Tak, całkiem dokładnie.
 — W takim razie jesteś chyba wszechwiedzącym.
 — Nie, ale nauczyłem się myśleć. Takie łotry chowają się tylko u równych sobie. Kto zaś jest najgorszym w Ostromdży?
 — Czy masz Mibareka na myśli?
 — Odgadłeś.
 — Mają być u niego?
 — Napewno.
 — Mylisz się.
 — Tak dalece się nie mylę, że gotów jestem założyć się z tobą. Jeśli chcesz schwytać złodziei, musisz wyjść na ruinę.
 Spojrzał na Mibareka, który mu odpowiedział spojrzeniem. Wydawało się całkiem, jak gdyby się porozumieli.
 — Byłby to daremny trud, panie — powiedział.
 — Jestem przekonany o czemś przeciwnem i zapewniam cię, że znajdziemy nietylko złodziei, lecz i skradzione przedmioty. Dlatego wzywam cię, żebyś udał się za mną z twymi kawasami.
 — Ty jednak żartujesz?
 — Nie, to na seryo.
 — W tej ciemności?
 — Czy się obawiasz?

 — Nie, ale tacy ludzie są niebezpieczni. Jeżeli rze-