Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   159   —

cię wyprowadzić na największego hekima wszystkich krajów, nad którymi panuje padyszach.
— Czy chcesz jeszcze szydzić ze mnie na dobitek? Jeśli istotnie jesteś tak mądry, jak twierdzisz, to daj mi dobrą radę, jak mógłbym wyjść z tej warstwy gipsowej.
— O tem potem. Wyśmiałeś mnie, kiedy ci powiedziałem, że można zrobić opatrunek z gipsu, a jednak jest taki opatrunek najlepszym ze wszystkich. Nie dałeś mi przyjść do słowa i dlatego musiały cię dopiero fakta pouczyć. Dotknij swego kaftana! Przedtem był miękki, a teraz jest twardy i mocny jak kamień. Taki musi być opatrunek, jeśli ma uzdrowić chory członek ciała. Czy jasne ci to?
Podniósł brwi i spojrzał na ranie z namysłem, ja zaś mówiłem dalej:
— Gdy chcesz dać sztywny opatrunek na złamaną nogę, to szynyby jej dolegały, bo nie mogłyby się przystosować do jej formy. Taki opatrunek nic nie wart.
— Niestety niema innych opatrunków. Najwięksi lekarze w państwie łamali sobie daremnie głowy, aby wynaleźć opatrunek, któryby był sztywny, a zarazem przystosowany do formy członka. Ja sam posiadam książkę pod tytułem: „Szifa kemik kyryklarin“[1]. Z niej można się dowiedzieć, że takie złamania opatruje się skutecznie tylko zapomocą szyn.
— Kto jest autorem książki?
— Sławny lekarz Kari Asfan Culafar.
— No, on żył prawie przed dwustu laty. Wtenczas miał może słuszność, ale teraz napewnoby go wyśmiano.
— O, ja się z niego nie śmieję.
— W takim razie wiadomości i zapatrywania twoje są dobre dla owych czasów, a nie dla dzisiejszych. Teraz znamy jeszcze inne bandaże. Czy przypatrzyłeś się przedtem fezowi, który masz teraz na głowie?

— Czemu nie miałbym mu się przypatrzyć? Ta

  1. O leczeniu złamań kości.