Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   196   —

dzie ze mną, a jeśli ci jej użyczę i spowoduję tem kłopoty mym przełożonym, to także czekają mnie nieprzyjemności. Mogę więc zrobić lub nie zrobić czegoś z całą swobodą, ale szkodę zawsze poniosę.
— Nie troskaj się! Będę się starał tak działać, żebyś na żadną szkodę się nie naraził. Czy słyszałeś co o Szucie?
— Rozumie się. To dowódca rozgałęzionej w całej okolicy bandy zbrodniarzy. Nikt go nie zna, nikt nie wie, gdzie on przebywa, ale on i jego ludzie są wszędzie.
— Ja go szukam.
— Ty? To jesteś chyba wyższym członkiem policyi i jeździsz tu jako tajny urzędnik.
— Nie, nie jestem urzędnikiem. Mam z Szutem pomówić we własnej sprawie.
— Nie odnajdziesz go nigdy.
— Ja już jestem na tropie. Tu w Zbigancy mieszka jeden z jego zaufanych.
— To nie może być, panie!
— Jest całkiem pewne.
— Mamy tu samych uczciwych ludzi.
— Mylisz się prawdopodobnie.
— Kogo podejrzewasz?
— Znowu tego Czuraka.
— Panie, uwierzę we wszystko, tylko nie w to!
— Rzeźnik jest widocznie zręcznym obłudnikiem.
— Nie, to człowiek poczciwy, a nawet mój przyjaciel.
— W takim razie nie byłeś dość ostrożny w wyborze przyjaciół.
— Daj dowody, effendi!
— Dobrze. Przedtem jednak muszę od ciebie zażądać zupełnego milczenia. Czurak nie śmie naw et przeczuwać, że o nim z tobą mówiłem.
— Zachowam milczenie.
— Więc powiem ci coś na razie. Czy słyszałeś kiedy o Mibareku z Ostromdży?
— Tak. Uchodzi za wielkiego świętego i ma nawet działać cuda.