Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   195   —

— Jak? Dziś jeszcze?
— Wiem, że Aladży przybędą do Zbigancy dziś, albo jutro najpóźniej.
— Święta Matko Boża! Trzeba się więc przygotować! Skąd wiesz o tem?
Opowiedziałem mu o mojem spotkaniu i o walce z Aladżymi.
— I żyjesz jeszcze — zapytał skamieniały ze zdumienia. — To cud, to wielki cud!
— No, mnie się nie poszczęściło wyjść bez szkody, jak tobie. Zwichnąłem sobie nogę podczas walki i dlatego widzisz mnie w tych butach przed sobą.
— Zwichnąłeś nogę? I umknąłeś im mimoto?
— W istocie. Dowiedzieli się potem, że udaję się do Zbigancy i jadą, żeby się zemścić.
— O biada! Pakujesz nam więc na kark tych zbójów.
— Czy chcesz mnie za to pociągnąć do odpowiedzialności?
— O nie! Co więcej muszę cię bronić, ale jak się mam zabrać do tego? Pomyśl, że sam narażam się na śmierć.
— Nie potrzebuję twojej obrony, jednak wyrządzę ci przykrość, bo będziesz musiał uwięzić jednego z tutejszych mieszkańców.
— Kogo?
— Rzeźnika Czuraka.
— Panie, to niemożliwe!
— A jednak kto wie. Najpierw przypatrz się tym paszportom. Poznasz z nich, że mam prawo żądać twojej pomocy, skoro mi się wyda potrzebną.
Przeglądnąwszy legitymacye, oddał je z głębokim ukłonem i rzekł:
— Effendim, słusznie przypuszczałem. Jesteś niewątpliwie mężem dostojnym, skoro stoisz pod opieką padyszacha, ale dla mnie to niedobre, bo muszę ci być we wszystkiem posłuszny, a z góry nie spodziewam się pomocy. Gdy jej tobie odmówię, zaskarżysz mnie i źle bę-