Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   112   —

— Panie, ona już od wczoraj jęczała; trudno było wytrzymać i dlatego tamte dzieci odeszły. Ty cuda czynisz!
— Nie, to cud nie jest. To bardzo prosty środek, który jednak pomoże, jeżeli jeszcze przez dzisiaj zatrzymasz w izbie córeczkę. Tamte dzieci sam tu sprowadzę.
— Ty, panie, ty? — zapytał.
— Oczywiście, bo ty nie możesz.
Aladży ciskali mu wściekłe spojrzenia, on jednak pochylił się, jakby coś z ziemi podnosił, zbliżył się do mnie w ten sposób i szepnął, podnosząc się znowu:
— Miej się na baczności! To Aladży.
— Co to było? — krzyknął jeden z nich, usłyszawszy może jakieś tchnienie. — Co powiedziałeś?
— Ja? Nic! — odrzekł gospodarz o ile możności swobodnie.
— Ależ ja sam słyszałem!
— W takim razie się mylisz.
— Psie, nie łżyj, bo cię zatłukę!
Skipetar podniósł pięść, ale ja chwyciłem go za rękę i uspakajałem:
— Przyjacielu, co czynisz? Czyż nie wiesz, że prorok zabrania wiernym szpecenia gniewem swej twarzy?
— Co mnie twój prorok obchodzi!
— Nie pojmuję ciebie. Zachowujesz się jak człowiek niedobry, a chcesz być przyjacielem tych cudzoziemców, którzy nie obrażają najlichszego robaka.
— Masz słuszność, szeryfie — odezwał się na to Skipetar, spuszczając rękę i rzucając gospodarzowi ponure spojrzenie. — Ale ja miłuję prawdę i nienawidzę kłamstwa, dlatego tak się rozzłościłem. Wyjdźmy stąd!
Wyszedłem za nim i zachowałem się tak, jak gdyby rozumiało się samo przez się, iż się mogę swobodnie poruszać i pokulałem ku rzece. Nie ulegało wątpliwości, że Aladży uważali mnie na poły za swego więźnia. Z powrotem nie mogli mnie puścić, a naprzód także nie, bo obawiali się, że ich zdradzę, nawet gdybym ich nie znał i nie zamierzał zdemaskować. To też musieli mnie pilnować.