Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/439

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   411   —

wszystkich. Szut i jego znajomi posługują się we wzajemnych stosunkach tajnem pismem. Biorą słowa z tych trzech języków i składają je wprawdzie według pewnej reguły, lecz pozornie tak pomięszane, że niewtajemniczony nie zdoła ich przeczytać.
— Szejtan — do dyabła! — wyrwało się lekko z ust Suefa.
Przecież nie zapanował nad uczuciem przerażenia. Okrzyk jego zdradził, że wszystko odgadłem, chociaż wyraziłem tylko przypuszczenie.
— A jednak ty przeczytałeś — rzekł Habulam głosem, drżącym od wzruszenia wewnętrznego.
— Oczywiście.
— Więc jesteś sprzymierzeńcem Szuta?
— Zapominasz, że jestem Frankiem.
— Chcesz zaznaczyć, że jesteście od nas mądrzejsi?
— Tak.
— Panie, to brzmi bardzo dumnie!
— To tylko prawda. Wam wystarcza to tajne pismo, dla nas jednak, jako zbyt głupio wymyślone, nie trudne do odgadnięcia.
— Ale jaka jest właściwie treść tych słów, dla mnie niezrozumiałych?
Chciał się tylko przekonać, czy ją znam, bo przecież sam mógł przeczytać.
— Opiewa ona tak: Bardzo prędko wiadomość do Karanorman-chan, ale po jarmarku w Menelik.
— A więc to się tak czyta! — rzekł tonem dziecinnego zdziwienia. — Czy ta kartka taka ważna dla ciebie, że prosisz, bym jej nie zgubił?
— Tak, gdyż szukam Szuta i spodziewam się znaleźć go przy jej pomocy.
— A zatem byłeś na jarmarku w Menelik i udajesz się do Karanorman-chan?
Potwierdziłem to z gotowością i tak swobodnie, jak gdybym się chciał dać wybadać. Habulam pozwolił wywieść się w pole i pytał się w dalszym ciągu: