Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   264   —

Ach! To była przecież miejscowość, o której wspomniał mi umierający dozorca więzień, że tam znajduje się szukany przezemnie Karanorman-chan. Spotkanie z tym biedakiem mogło mi przynieść wielką korzyść.
— Czy cię tam znają? — spytałem.
— Bardzo dobrze; bywam tam często.
— A kiedy znów tam wracasz?
— Teraz właśnie. Jadę do domu przez Uskub i Kakandelen.
— Aby tam kogoś odwiedzić?
— Nie, tam mieszka cudowny lekarz, którego pomocy potrzebuję, bo jestem chory.
— Czy nie wolałbyś poradzić się prawdziwego lekarza?
— Zrobiłem to, ale daremnie. Cudotwórca sprawił mi już wielką ulgę.
— Na co cierpisz?
— Mówią, że mam kamienie w wątrobie.
Wyglądał całkiem tak, jak gdyby mu dolegały wielkie cierpienia wewnętrzne. Żałowałem go bardzo rzeczywiście.
— Kiedy stąd wyruszasz?
— Jutro rano.
— Do Uskub?
— Nie całkiem. Za daleko, by tam w jednym dniu dojechać.
— Czy jest po drodze jaka dobra oberża?
— O, nawet kilka.
— Czy weźmiesz nas ze sobą?
— Jakże mógłbym jechać razem z wami! Ja nie umiem wcale mówić z takimi panami.
— No, mówisz teraz tak ze mną, że mi się bardzo podobasz. Jeśli ci to na rękę, to pojedziemy razem, a ja wynagrodzę ci twe przewodnictwo.
— Nie mów tak! To zaszczyt dla mnie być z wami, a w kilku lepiej się jedzie, niż samemu. Jeśli więc każesz, przyłączę się do was.
Na tem załatwiliśmy sprawę i obcy usiadł znowu na swojem miejscu. Następnie życzył nam dobrej nocy