Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   265   —

i oddalił się na spoczynek. Towarzysze oświadczyli się także za tem, że to człowiek uczciwy, a gospodarz potwierdził ponownie.
Zwolna opróżniał się dziedziniec i izba frontowa i nadszedł czas do spania. Gospodarz urządził mi miękkie łoże na „sofie“, reszta zaś musiała nocować przy koniach, których tu nie chciałem zostawić bez nadzoru.
Zostawszy sam, zamknąłem drzwi od środka. Ponieważ okiennice były także mocno zamknięte, zasnąłem bez żadnych obaw.


ROZDZIAŁ V.
Miridit.

Przebudziłem się dopiero rano, kiedy Halef zapukał do drzwi. Przesunąłem się wzdłuż ściany, by się do nich dostać. Do izby wpadło jasne światło dzienne. Zaspałem, w domu zaś unikano wszelkiego hałasu, by mnie snu nie przerywać.
Krawiec musiał zjeść z nami śniadanie. Po zapłaceniu za rzeczy zjedzone i wypite, gotowaliśmy się do wyruszenia.
Gospodarza nie było przez małą chwilę. Wróciwszy, wygłosił do mnie natch nio ną mowę pożegnalną. Dołączył do niej uwagę:
— Panie, żegnamy się w przyjaźni, chociaż przysporzyłeś mi wielu obaw. Wszystko skończyło się dobrze, chcę ci zatem dać dobrą przestrogę. Byłem właśnie u rzeźnika, gdyż musiałem jako sąsiad wyrazić moje współczucie. Brata zmarłego nie zastałem. Podobno wyjechał. Ale na dziedzińcu widziałem najlepszego z jego koni, osiodłanego i okiełznanego. Tu chodzi o ciebie.
— Może ma jaki interes.
— Nie wierz tylko temu. Skoro jest tak raniony, jak mi to opisał dozorca, to tylko chęć krwawej zemsty mogła go z domu wypędzić. Miej się więc na baczności!