Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   60   —

— Jeżeli nas do pozostania nie zmuszą.
— Nie pozwolę się zatrzymać.
— Czy to było słuszne, że dałem kodży baszy skosztować harapa?
— Hm!
— A może mieliśmy znieść spokojnie jego obelgi?
— Nie. Pod tym względem przyznaję ci słuszność. Zasłużył sprawiedliwie na cięgi.
— Ten drugi także.
— Kto?
— Kaza-mufti. To taki sam łajdak, jak tamten. Jakże ucieszyłbym się, gdybyś mi pozwolił i jemu dać odczuć siłę mego karbacza.
— Kochany Halefie, zawziąłeś się zupełnie na swój harap, ale zważ, że to połączone jest z wielkiemi niebezpieczeństwami.
— Panie, czy my obaj jesteśmy stworzeni do obawy przed temi niebezpieczeństwami?
— Tak, dotychczas miałeś zawsze szczęście.
— I będę je miał w dalszym ciągu.
— Czy naw et wówczas, kiedy mnie przy tobie nie będzie? Udawało mi się zawsze wydobyć cię, ilekroć uwikłałeś się w coś swoim harapem. Potem to nie będzie możliwe.
— Zihdi, ja wcale nad tem nie myślę. Gdy się będę miał rozstać z tobą, wówczas niech sobie śmiało przyjdą i zaćwiczą mnie na śmierć. Nie wydam głosu z siebie.
— A jednak musisz się z dnia na dzień coraz to bardziej oswajać z tą myślą. Kiedyś wreszcie przyjdzie chwila rozstania. Ciebie woła twoja ojczyzna, a mnie moja, obie leżą niestety tak daleko od siebie, że rozłąka jest nieunikniona.
— Na zawsze?
— Najprawdopodobniej.
— Więc już nigdy nie przybędziesz do Arabii?
— Co znaczy wola człowieka? To tchnienie wobec boskiego zrządzenia.
— W takim razie modlić się będę do Allaha, żeby