Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/492

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   462   —

— To nie potrwa tak długo — rzekłem — ponieważ ja mu pomogę.
— Jak to się zgadza z godnością twego zawodu i twej wielkiej osobistości?
— Bardzo dobrze. Usiądę tutaj z tym poczciwcem, który jednak jest biednym krawcem, i gdy on będzie resztę rzeczy prasował i przypali je pewnie, ja wyleczę nogawicę. Powiedzno, artysto igły, czy jesteś krawcem istotnie?
Poskrobał się za uchem, dusił w sobie przez chwilę odpowiedź, aż wkońcu ją wykrztusił:
— Effendi, właściwie nie.
— Tak? A czemże jesteś naprawdę?
— Dirger doghramadży[1].
— Skądże przyszedł ci do głowy zuchwały pomysł podawać się za krawca?
— Bo mam dwa żelazka do prasowania.
— Od kogo?
— Od dziadka, który rzeczywiście był krawcem. To jedno po nim odziedziczyłem. Teraz dokupiłem sobie igłę i nici i przy sposobności naprawiam ludziom ubrania, bo jako stolarz nie mam obecnie roboty. Dlatego też jestem teraz zatrudniony przy budowie kolei.
— To jesteś bardzo wielostronny. Naprawiasz ubrania! Czy tak samo, jak moje spodnie?
— Nie, effendi. To było tylko przeoczenie.
— Posiadasz rzeczywiście dwa żelazka? A umiesz prasować?
— Znakomicie!
— Więc zabierzmy się wspólnie do pracy. Ale popatrzno, co to? Rozdarłem szew, sporządzony przez niego i pokazałem mu. Nie wiedział jednak, o czem ja myślę i spojrzał na mnie pytająco.
— Jakżeż wygląda materya?

— Ciemno-niebiesko, panie.

  1. Stolarz.