Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   121   —

Oglądnąłem się i ujrzałem ku mej radości Omara, jadącego samotnie. Zauważyli więc moją kartkę i przeczytali.
Nadjechał powoli z głową spuszczoną, jakby pogrążony w zadumie. Nie spoglądał na prawo, ani na lewo.
— Spróbujemy? — zapytał Bybar, wskazując na strzelbę.
— Nie — odrzekł Sandar. — On nic niema, widać to po nim.
Nie wstydzili się wcale mówić w mojej obecności o swojem rzemiośle.
Omar przejechał, nie spojrzawszy w górę. Poznał, że to najlepsze.
W pewien czas rzekł Sandar:
— O, znowu jeden!
— Także taki bez niczego!
— Ale czyż wszystkich przepuścimy?
— Teraz tak. Zważ, że usłyszą nasze wystrzały.
— Wszak Skipetarzy tutaj ukryci — wtrąciłem naiwnie. — Poznają, że tu jesteśmy, by im przeszkodzić w napadzie.
— Głupiec! — zaśmiał się do mnie Sandar.
Teraz przejeżdżał Osko. Udał także człowieka, nie troszczącego się o nic. Wygląd jego zewnętrzny nie świadczył wcale o bogactwie i dlatego przejechał szczęśliwie.
Teraz miał Halef nadjechać. Co do niego miałem powód do obaw. Mogli strzelić do niego, aby zabrać wspaniałego ogiera. Nie dopuściłbym wprawdzie do tego i prędzej poczęstowałbym kulą każdego z nich, ale lepiej było tego uniknąć. To też usiłowałem odwrócić ich uwagę. Śledziłem ukradkiem, lecz pilnie, załom drogi, z poza którego miał się Halef wychylić. Wtem ujrzałem go wybiegającego. Oni nie zauważyli go jeszcze, kiedy powstałem.
— Dokąd? — spytał mnie Sandar szorstko.
— Do mego konia. Czy nie słyszysz, że się znów niepokoi?