Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   223   —

— Będzie siedział w lektyce, ponieważ chodzić nie może. Jak się więc zbliżysz do niego? Zanim drzwiczki otworzysz, utkwi już w brzuchu twoim kula pistoletowa.
— Czy sądzisz, że się przy lektyce tak długo zatrzymam? Domek ten zbudowany z cienkich patyczków. Zwinę się prędko. Rozwalę lektykę czakanem, a cios trafi draba z pewnością tak, że nie będzie mu już więcej potrzeba.
— A jeśli się nie uda?
— Musi się udać, musi!
— Pamiętaj o tem, co dziś zaszło! Wszędzie i zawsze myśleliśmy, że się powiedzie, a mimoto ci pupile szejtana wybrnęli ze wszystkiego szczęśliwie. Należy myśleć zawsze o wszystkiem. Może nam co przeszkodzić i co potem?
— Hm! Gdyby się wiedziało, kiedy ruszą ze Zbigancy!
— Zapewne jutro. Będą sądzili, że nam pilno i puszczą się w pogoń za nami.
— W takim razie wykonamy plan, o którym już popołudniu mówiłem. Poślemy mu naszego Suefa, a on wyda ich już naszym nożom. To chłop najchytrzejszy ze wszystkich, o jakich wiem, i zna te strony aż do Prisrendi, jak ja swoją kieszeń. Możemy mu tę sprawę powierzyć.
— Więc wnoszę, żebyśmy wyruszyli. Nie wiemy, kiedy te draby wyjdą z chaty. Byłoby smutno, gdyby oddalili się przed nami.
Dłużej już czekać nie mogłem i poczołgałem się nazad ku skale, a stamtąd ku chacie. Zatrzymałem się jednak w odpowiedniem oddaleniu, aby się przekonać, czy rzeczywiście odjadą.
Lazłem jeszcze parę kroków, poczem wstałem i poszedłem, kulejąc, wsparty o skałę. Zginanie lewej nogi było męczące, w ten zaś sposób mogłem iść na prawej nodze. Nie naśladowałem już głosu żaby, gdyż znalazłem się niebawem znowu w świetle ogniska, a ponieważ się wyprostowałem, ujrzeli mnie towarzysze.
— Zejdźcie! — powiedziałem.