Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/472

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   442   —

— Wolę jej nie kosztować. Allah, Allah, jak ja się przeraziłem, gdy zniknąłeś w rzece. Czy kobieta warta tego, żeby życie dla niej narażać?
— Naturalnie! Czy ty nie poświęciłbyś życia swego dla Hanneh, najmilszej z cór i kobiet?
— Tak, bo to jest Hanneh! Ale kim jest ta kobieta? Czy to twoja narzeczona, lub siostra? Czy cię kochała i miała kiedyś zostać twoją żoną?
— To była ludzka istota w objęciach śmierci, a ja się wody nie boję.
— Ale ta rzeka bardzo zła dzisiaj. Popatrzno, jak się wścieka, że jej wydarto ofiarę. Przyprowadziłem ci Riha, albowiem nie możesz chodzić. Siadaj! Poszukamy miejsca, gdziebyś wysuszył ubranie.
— Gdzie moje strzelby i inne rzeczy?
— Wszystko jest u mnie. Strzelby wiszą przy siodle.
— A co się stało z resztą tych, którzy siedzieli w czółnie?
— Obu wioślarzy wciągnęliśmy na prom, ale krawiec runął do wody.
— Więc się utopił?
— Nie. Szejtan nie chce jeszcze o nim nic wiedzieć. Widziałem, jak płynął ze swoją szkapą. Trzeba się za nim oglądnąć.
Podniósł się i śledził za Suefem. Po chwili wskazał ręką za siebie:
— O tam są obaj, on i koń jego.
Spojrzałem we wskazanym kierunku i zobaczyłem daleko w dole rzeki Suefa, trzymającego się końskiego ogona. Właściciel i zwierzę zbliżali się już do brzegu. Stara szkapa przedstawiała więc rzeczywiście wysoką wartość.
— Czy mam zjechać i dać mu po nosie, gdy wyjdzie z wody? — zapytał hadżi.
— Nie, on się najadł dość strachu. To mu wystarczy!
— Ależ to on właśnie winien temu, że ty musiałeś skoczyć do wody!
— To jeszcze nie powód, by go zabijać.