Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/473

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   443   —

— Umknie nam. Tak, jak teraz jesteś, nie możesz przecież go ścigać!
— Niech idzie! Dościgniemy go jeszcze.
Osko i Omar wyrazili mi swą wielką radość z powodu szczęśliwego zakończenia przygody wodnej, która wcale nie była przewidziana w naszym programie. Otoczyli nas robotnicy, wtórując okrzykom radości i zapraszając mnie do jednego z baraków, żebym przy piecu wysuszył sobie ubranie. To było oczywiście najpilniejsze. To też siadłem na konia i udałem się tam w chwili, gdy krawiec dostał się do brzegu. Narazie było mi obojętne, co będzie teraz czynił.
Konia nie trzeba było kierować, gdyż postarali się o to robotnicy. Pochwycili za cugle, nawet za strzemiona, inni zaś kroczyli przodem, po bokach i z tyłu. Tak prowadzili mnie w tryumfalnym — trochę mokrym, co prawda — pochodzie. Woda ściekała z ubrania po butach na ziemię. Oglądnąwszy się, ujrzałem Suefa, cwałującego przez pole. Koń i jeździec wyszli widocznie cało z przygody.
Halef dostrzegł moje spojrzenie. Zrobił minę posępną, pogroził pięścią jeźdźcowi i powiedział:
— Kehm lahana uzuw imri war; lakin Allah war eder, Allah jog eder — chwast długo żyje, lecz Allah tworzy i Allah niszczy.
Chciał przez to w gniewie powiedzieć, że ten chwast, krawiec, winien być wypleniony.
Tam, gdzie prom przybił do brzegu, stał przewoźnik z trzema pomocnikami. Widząc mnie nadchodzącego, podniósł głos i zawołał patetycznie:
— Tysiączne dzięki świętym kalifom, dziesięć tysięcy razy chwała prorokowi, a sto tysięcy Allahowi, którzy strzegli cię w chwili niebezpieczeństwa. Gdy ujrzałem cię, wpadającego do wody, serce mi skamieniało, a dusza zapłakała krwawemi łzami. Ponieważ jednak oglądam cię zdrowym, duch mój jest pełen radości i zachwytu, gdyż słowa twego dotrzymasz i dasz nam bakszysz, który przyrzekłeś.