Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   104   —

— Dostaniesz suchot z gadania, a nie nawrócisz nikogo.
— Co się ma stać, to się stanie. Wszystko jest zapisane w księdze żywota.
— Znasz dobrze, jak się zdaje, tę księgę.
— Allah ją zna i on ją czyta jedynie. Mam nadzieję, że kilku mieszkańców Skopii jest w niej zapisanych.
— Ja bardzo wątpię. Podobno jest tam wielu Skipetarów, a oni do niczego.
— Niestety i do moich uszu to doszło.
— Że Skipetarzy do niczego?
— Tak jest.
— Jakżeż to?
— Szejtan ich opętał. Nie znam ich, ale powiadają, że są to sami złodzieje, zbóje i mordercy. Piekło jeszcze dla nich zbyt łagodne.
— Czy jeszcze nigdy nie widziałeś Skipetara?
— Nie miałem jeszcze nieszczęścia spotkać któregoś z tych grzeszników — odpowiedziałem z westchnieniem, robiąc przy tem możliwie dobroduszną minę. Oni natomiast trącili się pod stołem nogami i cieszyli się widocznie moją głupotą.
— A nie boisz się ich nic? — pytał dalej.
— Dlaczego miałbym się bać? Czy mogliby uczynić, zemną coś innego jak to co mi już przeznaczone?
— Hm! Jedziesz do kraju Skipetarów... a jeśli cię napadnie taki rozbójnik?
— Szkoda byłoby zachodu. Oto mój cały majątek! Rzuciłem na stół sześć piastrów i powiedziałem prawdę, gdyż nie miałem więcej przy sobie. Resztę u Halefa zostawiłem.
— No, to rzeczywiście dużo ci zabrać nie mogą, ale potrzeba ci pieniędzy na drogę.
— Pieniędzy? Naco?
— Aby żyć.
— Do tego nie potrzebuję niczego. Czy prorok nie nakazał gościnności?