Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/403

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   375   —

— Chwytajcie broń i spieszcie do stajni! Te draby gotowe nam zabrać konie.
Wszyscy wybiegli drzwiami. Ja usiadłem znowu naprzeciwko i zatrzymałem sztuciec w ręku, aby być przygotowanym na wszystko.
Anka wyszła także. Po jakimś czasie wróciła z Janikiem i Omarem, który doniósł, że Osko i Halef zostali w stajni, aby koni pilnować. Zdaje się, że ich nikt nie chciał zabierać. Nie widzieli wogóle nikogo. To mnie uspokoiło.
Teraz należało się przedewszystkiem dowiedzieć, gdzie należy szukać drzew, pod którymi znajdowały się konie naszych wrogów. Ale nie wiedzieli o tem ani Janik, ani Anka.
— Jestem pewien, że to wie Humun — dodał młodzieniec — ale on tego nie zdradzi.
— O, ja mam bardzo dobry środek — odrzekłem — szczypce, przy pomocy których wyciągnę z niego wszystko, co zechcę.
— W takim razie potrafisz więcej od innych. Ale on nie wyda swego pana, ani jego sprzymierzeńców.
— Będziesz przy tem, by się przekonać, jak szczery będzie wobec mnie. Czy znasz dokładniej krawca Afrita?
— Nie. Wiem wprawdzie, że właściwie nazywa się Suef, ale bliższej wiadomości nie mogę, niestety, udzielić. Bywa bardzo często u Murada Habulam, podejrzewam go, że nie rozprawia z nim o niczem uczciwem. Dlatego schodziłem mu zawsze z drogi. Z takimi ludźmi lepiej się wcale nie stykać. Najchętniej odszedłbym stąd i cieszyłbym się, gdybym cię mógł odprowadzić do Wejczy. Jeśli masz coś do czynienia w Karanorman-chan, lub w jego okolicy, to może przydam ci się na co.
— Szukam tam wielkiego zbrodniarza, który jest prawdopodobnie sprzymierzeńcem Habulama.
— Co? Z takimi ludźmi żyje pan mój w przyjaźni?
— Tak. Jego dzisiejsi goście, to również rozbójnicy i mordercy, którzy godzą na nasze życie. A kim