Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/404

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   376   —

twój pan jest, możesz stąd wywnioskować, że chciał nas otruć.
— To prawda. Effendi, ja tu nie zostanę. Odejdę z tego domu, choćbym, Bóg wie, jak długo miał być bez służby i zarobku. Odwlecze się przez to spełnienie naszych pragnień, ale wolimy zaczekać, niż służyć takiemu panu.
— No, co do tego, to masz u mnie wynagrodzenie, a Anka także. Ocaliliście nam życie oboje. Gdyby nie wy, jużbyśmy teraz nie żyli. To też należy wam się nagroda, odpowiednia waszemu czynowi i naszemu majątkowi.
— To prawda — zawołano ode drzwi. — Nie śmie nikt o nas powiedzieć, że nie umiemy być wdzięczni, zihdi.
Był to Halef, który wrócił ze stajni i słyszał koniec rozmowy.
— Nie jesteśmy niestety bogaci — mówił dalej — ale spodziewamy się, że będziemy mogli przyczynić się do waszego szczęścia. Jeżeli teraz przez nas porzucicie to miejsce, to musimy się postarać, żebyście wogóle już nigdy nie potrzebowali wracać do służby. Pytam się więc, Janiku, z całą szczerością mej duszy, czy chcesz Ankę pojąć za małżonkę.
— Naturalnie! — zaśmiał się Janik.
— A kiedy?
— Jak najrychlej.
— A ty, kwiecie z Kilissely i wybawicielko nasza, czy służący Janik ma zostać twoim mężem, któremu masz być posłuszną, dopóki będzie rozumny i żądać nie będzie od ciebie niedorzeczności?
— Tak, pragnę, żeby był mym mężem — rzekła dziewczyna, rumieniąc się.
— Niechaj więc spłynie na was nasze błogosławieństwo z tego worka szczęścia i wdzięczności. Jestem sławnym kasyerem naszego towarzystwa. Były to pieniądze nieszczęścia, lecz postanowiliśmy zamienić je w monetę szczęścia, a teraz mamy do tego sposobność.