Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/466

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   436   —

tężali obaj wioślarze wszystkie siły, a w tyle siedział Suef, trzymając za cugle konia. Z wody wychylała się głowa konia. Steru czółno nie miało.
Na nasz widok wzniósł Suef rękę do góry i zrobił ruch, jak gdyby szydził z nas. Jeżeliby jazda szła tak, jak z początku, to pewne, że byłby na drugiej stronie, zanim my dojechalibyśmy do środka rzeki, gdyż trzej pomocnicy naszego przewoźnika zachowywali się tak, jak gdyby mięśni nie mieli. Odwiązali powolnie prom z łańcucha, chwycili potem za tyki i zaczęli niemi dziobać po wodzie, jak gdyby na jej dnie chcieli szpilkę wyszukać. Niestety konie nasze nie były przywykłe do takiej przeprawy i musieliśmy siedzieć na nich dla ich uspokojenia. Gdyby nie to, byłbym kazał towarzyszom także ręki trochę przyłożyć.
Halef wpadł na dobry pomysł przyśpieszenia przeprawy. Dobył z za pasa harapa, zwrócił się do najbliższego pomocnika i zawołał:
— Śpiesz się!
Równocześnie uderzył go po plecach, a zaledwie się to stało, zawołał stary:
— O Allah, o smutku, o potępienie! Bierzcie się, synkowie! Suńcie, popychajcie, chłopcy! Róbcie, pracujcie, wy siłacze! Im rychlej przejedziemy, tem większy