Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/425

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   397   —

mi zęby jak dzikie zwierzę, rzucił na mnie srogie spojrzenie i syknął:
— Psie! Ja kpię sobie z ciebie i z bastonady! Słyszałeś może, żem skomlił? Czy sądzisz, że się ciebie tak boję, iż tylko kije zmusić mnie mogą do wyjaśnienia prawdy?
— Więc powiedz, jeżeli rzeczywiście masz odwagę!
— Tak, mam odwagę. Jest tak, jak mówisz: chcieliśmy ciebie zabić. Nie udało się, lecz na Allaha, nie zajdziesz daleko, a wrony rozdzióbią wasze trupy!
— On majaczy; on majaczy! — krzyknął Habulam. — Ból z powodu bastonady odebrał mu zmysły!
— Tchórzu! — zgrzytnął Suef.
— Zihdi, zapytaj jeszcze Humuna — rzekł Halef. — Jeżeli nie zechce mówić, damy mu jeszcze dwadzieścia kijów w podeszwy.
Przystąpił do służącego i wziął go za ramię.
— Puść mnie, ty hadżi dyabelski. Przyznam się do wszystkiego! — krzyczał Humun.
— Czy sprawa ma się tak, jak przedstawił effendi?
— Tak, zupełnie tak.
— On także z bolu zwaryował! — zawołał Habulam.
— No — rzekłem — to dowiodę ci nowymi dwoma świadkami. Janiku, nie taj prawdy, czy Habulam niewinny?
— Chciał was zamordować — odpowiedział parobek.
— Łotrze! — krzyknął Habulam. — Spodziewasz się odemnie kary za nieposłuszeństwo i pragniesz zemścić się dlatego!
— Anko — mówiłem dalej — czy widziałaś, jak twój pan wsypał do jajecznicy proszku na szczury?
— Tak — odrzekła — widziałam to całkiem dobrze.
— O Allah, coza kłamstwo! Panie, przysięgam na proroka i wszystkich pobożnych kalifów, że jestem całkiem niewinny!